MAŁY PRZEGLĄD ASORTYMENTU W CENTRUM OGRODNICZYM

Zacznę od tego, że zarobiona jestem po uszy. I nie chodzi o obowiązki domowe, czy te związane z ogrodem. Mam na myśli pracę.  Do tego dodać trzeba upały i człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zwiać w Bieszczady.

Jak co roku zapieprz plus upalne tygodnie. No ale żyć jakoś trzeba. O ile dom jakoś się ogarnie,  to ogródek woła o pomoc. Była koszona trawa, usuwane chwasty i bambus, przekopana rabata z kwiatami, ale chwila,  moment i znowu bajzel. Co z tego, że nowy komplet ogrodowy stoi w centrum sajgonu i czeka na jakiegoś grilla. Swoją drogą dwa stare grille czekają na wywiezienie do śmieci.  Moje zioła w skrzynkach fajnie rosną,  rzodkiewka jakoś chce, ale nie może i wzeszła aż jedna sałata! Lubczyk wypuszcza nowe gałązki,  róża zmarniała, a paproć ogrodowa ledwo zipie. Kupiłam nowe lampki do ogrodu, ale najpierw trzeba zrobić porządek.  Tak w skrócie się mój plac zabaw prezentuje.

Nie przeszkodziło mi to jednak podjechać do Aralii i dokupić ziemi, bo chciałam posiać nasiona kilku kwiatów (w tym chyba nagietka) i rośliny się przyjęły i już wykiełkowały.  Zrobiłam oczywiście obchód sklepu a mąż pchał cierpliwie wózek oglądając internety.

Zatrzymałam się przy gęstych i wiszących roślinach,  bo chciałam powiesić nowy kwiat przy drzwiach wejsciowo- wyjściowych.  Wybrałam jakiegoś, powiesiłam i niestety szybko zdechł.  Wiszą takie smutne cienkie nitki.  Wygląda to, jak fryzura Tiny Turner.

Co było jeszcze? Przy wejściu czekały i ozdabiały kaktusy.  Przyszło mi do głowy,  że taki taras nad kanałem by był idealnym miejscem na letnią dekorację. 

Jako że sezon na grillowanie się rozpoczął w pełni,  pojawiły się też gadżety z tym tematem związane.  Oprócz standardowych narzędzi do grillowania,  można było kupić różne ozdoby, m.in takie wesołe gnomy:

Ogólnie było dużo gadżetów typowo letnich. Wiele asortymentu było w obniżonej cenie, bo przecież już trzeba sklep szykować na sezon jesienny 😉

„Butelka” na wodę:)
Zestawy idealne do biesiadowania w ogrodzie z motywem pomidorów  🙂

A ja spróbuję się wziąć za ten mój mały kącik zieleni i doprowadzić go do porządku.  Mąż już czeka z kosiarką i randapem.  Oby tylko ten skwar trochę zniknął.  Do następnego 🙂

FOTORELACJA- CZERWIEC

Mieszają mi się daty. To jest ten moment, kiedy nie wiem jaki jest miesiąc i dzień.  Czasem tydzień się dłuży a czasem leci, jak szalony. W czerwcu miałam wrażenie,  że w domu tylko śpię a resztę czasu spędzam w pracy.

Chwilowo zniknął mi balans między domem a pracą  a tego nie lubię.  O dziwo sprawy domowe szybko i sprawnie ogarniałam.  Ze wszystkim byłam na bieżąco.  Zauważyłam,  że to lato jakoś mi się podoba mimo upałów. Ogólnie wszystko mi się podoba i jestem niemal ze wszystkiego (odpukać) zadowolona. W pracy było spokojnie. Pomidory dojrzewały powoli. A jak już wskoczyły na wyższe obroty, to nie ma zmiłuj.  Trzeba nadążyć za wzrostem i ciąć. Także mamy urwanie dupy.  Kupa roboty, ale nie narzekam. Jak mus, to mus. W tym wpisie będzie więcej zdjęć niż pisania, bo i w tej chwili nie ma o czym gadać 🙂

Czasem lubię wypełniać ankiety. Ostatnio podobają mi się te na stronie demotywatory.pl. Kiedyś rozmawiałam z koleżanką o tym, jak to jest w tych filmach czy reklamach. Wstają sobie ludzie bez problemu i bez pośpiechu. Mają czas na poranny jogging i prysznic przed pracą.  Jakim cudem? Będąc dzieckiem wierzyłam w te bzdury. Życie pokazało,  jak to naprawdę wygląda.  Mój dzień zaczyna się od wyłączenia budzika, potem kawa w kubku, śniadanie i przegląd głupot w mediach społecznościowych.  I tyle. Mam już swoją rutynę,  żeby ogarniać sobie lepiej poranek. I tak np przy czajniku, stawiam zawsze wieczorem pojemnik z kawą i dwa kubki, żeby rano mieć to od razu pod ręką.  Jest kilka takich rzeczy, które usprawniają mi życie 🙂

Z racji tego, że jest bardzo ciepło,  a często wręcz upalnie, papugi weekendy spędzają na zewnątrz.  Pewnego dnia wpadł w odwiedziny kot sąsiadki- Mattie. Oglądałam coś na YouTube w salonie. Drzwi do ogrodu były otwarte. Kątem oka zobaczyłam,  że coś się rusza. Patrzę, Mattie wpadł z wizytą i kręcił się koło stołu.  Czuje się jak u siebie. Do tej pory na papugi nie zwracał uwagi. Odkąd jest na diecie chodzi najwyraźniej przygłodzony,  bo wskoczył na klatkę.  Musiałam go przegonić.  Więcej się nie pojawił. 

Obserwacja ptaków.  Ja obserwowałam kota.

Odwiedziliśmy po pracy naszych dobrych znajomych. Pracujemy razem. Z racji tego, że oni do pracy jeżdżą rowerami, to nie mogli zabrać ze sobą kilku skrzynek pomidorów dla swoich znajomych, którzy mieli ich odwiedzić.  Zawieźliśmy im te skrzynki. Mają deal ze znajomymi: wymiana pomidorów na mięso.  I dlatego dostaliśmy za to spory kawałek karkówki.  A pod spodem zdjęcia z okolicy,  w której mieszkają:

Z racji mistrzostw świata w piłce nożnej, jak zawsze kantyna w pracy była ozdobiona na pomarańczowo. Zresztą nie tylko kantyna, bo w kolorze orange są też ozdobione domy Holendrów. 

W polskim sklepie znalazłam kolejny ciekawy smak chipsów.  Jest to produkt ukraiński a smak, to niby łosoś. Nie czuć ryby. Nie wiem w ogóle, czy te chipsy mają coś rybnego, w każdym razie są bardzo smaczne. W Jumbo zaś natknęłam się na rurki z kremem. Nie tym słodkim.  Tym razem jest to krem serowy gouda. To jest pyszne. 

Pogoda dopisała. Nie ma ostatnio typowego holenderskiego lata. Był upał.  I to konkretny. Pracowaliśmy krócej.  Był też wprowadzony kod czerwony,  czyli zrobiło się niebezpiecznie. Wiele zakładów pracy po prostu stanęło, bo nie dało się funkcjonować w takich temperaturach. Szkoły również zamknięto.  Gorąc był przeplatany gwałtownymi burzami, po których ponownie nadchodził skwar.

Burze najczęściej były w nocy lub nad ranem.

Na nasze osiedle co niedziela podjeżdża auto z lodami. Lodziarza można poznać po wesołej myzyczce.  Przypomina mi się wtedy słynny Family Frost w Polsce. Poszliśmy z Panem Mężem kupić sobie po lodzie. Porcje były okazałe. Ledwo zjadłam. Wybór był spory i lody były smaczne. Następnym razem wybiorę smerfne. 

Zawsze czuję się obserwowana 🙂

Do następnego 🙂

TUINSET

Tak sobie ostatnio myślałam,  jak zorganizować raz a porządnie kącik wypoczynkowy w ogrodzie. Pomysłów miałam od groma, po czym twierdziłam,  że jednak już mi się to nie podoba. Ostatecznie w ogródku zostało plecione siedzisko i dwa leżaki.  Nędznie. 

Wreszcie dotarłam do momentu, gdzie do wyboru został: pleciony komplet a’la kanapa z kilku części plus niski stolik albo porządny stół z krzesłami.  Postawiłam na to drugie. Chciałam zjeść normalnie obiad przy stole, tyle że na powietrzu pod markizą.  A rano wypić kawę.  Odpaliłam więc Marktplaats i zaczęłam poszukiwania. Oglądałam komplety ogrodowe blisko (max 50 km) naszej miejscowości.  Musiało być do tego niedrogo i w miarę dobrym stanie. Taki tuinset,  żeby się nie rozpieprzył po tym sezonie.  I znalazłam kilka propozycji. Napisałam i zero odzewu. Dopiero na drugi dzień odpisała mi jedna osoba. Od razu dobiliśmy targu i na sobotę umówiliśmy się na odbiór między 11:00- 12:00.

Ja oczywiście najpierw kupuję większe gabaryty, a potem myślę jak je przewieźć. A jeśli mi na czymś bardzo zależy, uprę się na coś, to choćby skały srały,  to ja to zrobię. Charakter zodiakalnego barana. Zaczęłam więc myśleć,  skąd tu wytrzasnąć autko dostawcze. Odpaliłam popularny portal ogłoszeniowy niedziela.nl. Tam się mnóstwo Polaków ogłasza z transportem osób i rzeczy. Już dwa razy się nadziałam,  ale co tam. Spróbuję trzeci. Do trzech razy sztuka przecież.  Znalazłam od razu wyróżnione ogłoszenie z krzykliwym tytułem: Przewieziemy nawet drzewo! W dodatku moje okolice. Świątek,  piątek, czy niedziela, przewóz jest w całej Holandii. Zadzwoniłam.  Gościu odebrał niemal od razu. Powiedziałam co i jak a on na to, że ma czas dopiero o 18:00. Gdy podałam miejscowość (45 km dalej), to stwierdził, ze jednak nie ma możliwości.  Nosz kurwa! Po co oni dają ogłoszenia,  jak koniec końców mają potencjalnego klienta w dupie?!

Przypomniałam sobie, że u nas w mieście jest na pewno wypożyczalnia aut i samochodów dostawczych. I to niedaleko naszego domu. Pojechaliśmy.  Powiedziałam co potrzebuję przewieźć i pokazałam nawet zdjęcie. Babka spojrzała w komputer i powiedziała,  że musimy poczekać pół godziny, może godzinę,  aż zwolni się jakieś auto. No nie miałam czasu. Podziękowałam i myślałam dalej. Trzeci pomysł wypalił.  Były właściciel naszej szklarni (który nadal z nami pracuje- Ard), ma małe dostawcze auto. Zadzwoniłam.  Powiedział,  że bez problemu pożyczy i możemy już podjechać pod szklarnię.  Dał nam kluczyki a przy oddaniu mieliśmy po prostu zostawić auto pod firmą z kluczykami w środku.  I pojechaliśmy.  Napisałam,  że będę spóźniona z pół godziny. Wzięłam też pudło pomidorów za to, że komplet ogrodowy na mnie czekał.  Zawsze daję skrzynkę pomidorów,  bo ja mam za darmo,  a często coś rezerwuję i Holendrzy cierpliwie czekają aż odbiorę rzecz.

Zadzwoniłam do drzwi domu, który był na sprzedaż.  Otworzyłam młoda kobieta i powiedziała,  żebym weszła od tyłu na podwórko,  bo tam stoi stół.  Dałam jej od razu pomidory.  Była trochę zaskoczona, ale ucieszyła się. Zapłaciłam za towar i zabraliśmy się do ładowania.  Nie był o dziwo ciężki mimo szklanego blatu. Okazało się, że braknie kilka centymetrów,  żeby domknąć drzwiczki auta. Nie wchodziło w grę postawienia stołu np bokiem. Ni tak, ni siak. Trzeba było ostatecznie skołować sznurek i obwiązać klamki tak, żeby się nic nie otworzyło.  Nie chciałam gubić bagażu,  jak Griswoldowie podczas podróży do Walley World. Poszłam z powrotem do tej kobiety zapytać,  czy ma jakiś sznur. Mówi,  że musi zobaczyć w garażu.  Otworzyła go, a tam taki porządek,  że pomieszczenie wyglądało niemal jak jakiś pokój  🙂 Pogrzebała w pudle i wyciągnęła przedłużacz.  Powiedziała,  że nie jest jej potrzebny i możemy go sobie wziąć.  Ostatecznie drzwi auta się domknęły,  wystarczyło porządnie docisnąć.  Dowieźliźmy bez problemów meble do domu. Zatankowaliśmy Ardowi auto na full i oddaliśmy. 

Meble są porządne,  niezniszczone. W niedzielę je myłam i ustawiłam. Teraz mogę zjeść obiad na zewnątrz.  Na stole stoi lampion z kringloopa. Muszę jeszcze poduchy dokupić. I kolejny raz przekonałam się,  że prędzej Holender pomoże,  niż rodak.

Do następnego 🙂

HOLENDERSKIE OPOWIEŚCI- BRIELLE

To będzie ciekawy wpis. Znalazłam dobrą historię dotyczącą pewnej pani,  która mieszkała około 10 km od mojego miasta- w miejscowości Brielle.   Spisałam fakty, zrobiłam kilka zdjęć i zapraszam do czytania.

O Brielle dużo nie będę pisała, bo nie o to w tym poście chodzi. Nadmienię tylko, że jest to stare miasto warowne.  Fortyfikacje pochodzą z XVII wieku i są zabytkiem narodowym i jedną z najlepiej zachowanych budowli obronnych w Holandii. Ciekawostką jest to, że w 1585 roku Brielle stało się własnością Anglii. Królowa Elżbieta otrzymała je jako zastaw wraz z Ostendą,  Vlissingen i Fortem Rammekens w zamian za pomoc wojskową i finansową w walce z Hiszpanią. W 1616 roku terytoria te powróciły do Republiki Zjednoczonych Niderlandów.

Sklep z pamiątkami.

Dzisiejszą bohaterką (w zasadzie antybohaterką) jest Maartje Willemsdochter.  O jej dzieciństwie nie ma nic. Wiadomo, że w 1628 roku wyszła za mąż za tkacza- Jana Jansza.  Przed rokiem 1622 mieszkała w Delft, Rotterdamie i Vierpolders.  Miała wtedy już kilku mężów i za każdym razem zostawała wdową.  Jej nowy mąż Jan, zamieszkał z nią w Zuideinde.  Małżeństwo nie było zbyt szczęśliwe.  Nowożeńcy kłócili się nieustannie, a zaledwie 2 miesiące później, małżonek zmarł.  Sąsiedzi byli zaskoczeni tą śmiercią,  bo chłop cieszył się dobrym zdrowiem. Ktoś nawet przypomniał sobie wtedy, że dzień przed śmiercią męża,  Maartje kupiła trutkę na szczury. Ale nikt nie powiązał tego szczególnie ze zgonem, bo plagi szczurów były w tamtym czasie powszechne. Plotki jednak zaczęły krążyć i dotarły wreszcie do komendanta policji Brielle (który był również komornikiem).

Zarządził więc sekcję zwłok Jana Jansza i rzeczywiście,  w ciele mężczyzny znaleziono „pewną ilość trutki”. Tyle,  że wtedy „trutka” odnosiła się też do arsenu lub roślin trujących, np jak wilczomlecz czy tojad. Maartje została aresztowana i osadzona w więzieniu za ratuszem. Do winy przyznała się bez tortur: „We wtorek kupiłam trutkę na szczury od farmaceuty Jorisa van Steenbergera.  Tego samego wieczoru wsypałam tej trutki wraz z cukrem do wina mojego męża.  O 3 nad ranem wsypałam jeszcze trutkę do piwa i dałam mu do wypicia. W środę,  wczesnym rankiem już nie żył.”. Następnie Maartje wyznaje, że ma na sumieniu jeszcze więcej morderstw. Otruła bowiem również 6 (!) poprzednich mężów, w tym chirurga i lekarza od dżumy, Damiaena van Cruyskercke.  Polubiła go 4 października 1622r. To również nie było szczęśliwe małżeństwo.  Kiedy po 5 latach Damiaen zachorował,  Maartje dodała truciznę do jego lekarstwa, a resztę do posiłku z groszku. Wkrótce potem zmarł. 

Dokument skazania. Zdjecie z internetu.

Trutkę na szczury Maartje za każdym razem kupowała od różnych aptekarzy.  Dlatego morderstwa mogły być niewykryte przez długi czas. Zresztą nie tylko mężowie padli ofiarą kobiety. Otruła ona także 8 swoich dzieci. Wyznaje: „Moja córka Pietertje miała rok i 3 miesiące i ciągle chorowała.  Dosypywałam jej trutki do kaszki. Inna córka była trudnym dzieckiem. Miała 5 tygodni, gdy ją otrułam.” Podczas procesu Maartje podawała różne powody morderstwa. Twierdziła,  że za każdym razem wychodziła za niewłaściwego mężczyznę. I tak np jeden mąż był „trudny”(cokolwiek to znaczy…), inny stracił pracę,  po czym groziło jej życie w ubóstwie.  Jeszcze inny zachorował i wymagał zbyt dużej opieki. Jej dzieci również były do niczego. Miały dużo płakać i sprawiać mnóstwo kłopotów.  A tak w ogóle, Maartje nie lubiła dzieci. Chciała się ich pozbyć. 

Policjanto- komornik i radni Brielle słuchali tych zeznań ze zdumieniem. Nigdy nie spotkali się z podobnym przypadkiem. Uważali te fakty za „makabryczne, potworne, przeklęte i odrażające „. 9 października 1628 roku Maartje wylądowała na stosie na Rynku przed ratuszem. Cały jej dobytek został skonfiskowany.  Komornik wystąpił z żądaniem: „A prawa ręka wspomnianej więźniarki, którą dopuściła się wyżej wymienionych ohydnych czynów, ma zostać odcięta a ona sama ma zostać spalona żywcem na popiół.” Kara ostatecznie była „łagodniejsza”, ponieważ rękę oszczędzono. Według podania ludowego, stojąc na stosie,  Maartje wypowiedziała słowa: „Nyet sonder Godt”, co prawdopodobnie znaczy dzisiaj: nie bez Boga. Słowa te są wyryte na białych kamieniach na Rynku (nie znalazłam nic takiego), ale historycy twierdzą,  że wydaje się to mało prawdopodobne. Wątpią, aby rada miejska Brielle chciała upamiętnić czyny Maartje w ten sposób. 

Rynek z ratuszem. Jest malutki i niepozorny. To tutaj spłonęła Maartje. 

Maartje przeszła do historii jako seryjna morderczyni. Emerytowany profesor kryminologii historycznej (ciekawa dziedzina), Pieter Spierenburg uważa,  że Maartje sfabrykowała swoje zeznania i uważa że liczba 15 morderstw jest nierealna.  Ostatecznie udowodniono jej tylko ostatnie morderstwo.

Do następnego 🙂

NORMAL

Czy jest tutaj jakiś sklep, w którym mogę sobie spokojnie spacerować i oglądać towar? Tak. Oprócz ogrodniczego i księgarni,  jest to drogeria.  Drogeria, których tak naprawdę w Holandii jest mało.  Przynajmniej takich z prawdziwego zdarzenia.

Polki od zawsze narzekają, że tu, w Holandii sklepy drogeryjne stacjonarne, są kiepsko zaopatrzone. To prawda, nie ma tak ogromnego wyboru kosmetyków,  jak w Polsce. Pozostaje sklep online i co za tym idzie- niższe ceny. Bo te, np w takim Kruidvacie są czasem wywalone w kosmos. Ale fajnie tak sobie „po babsku” pochodzić między regałami, pooglądać rzeczy, powąchać perfumy, wypróbować na skórze testery. To jest lepsze, niż kupno trochę w ciemno przez internet.  Bo przecież perfum przez ekran nie powącha się,  a opis nut zapachowych guzik mi mówi. 

Produkty marki Revolution. 

W Holandii jest pewna sieć drogerii, która staje się coraz popularniejsza. Dowiedziałam się o niej z TikToka,  ale nie miałam okazji wcześniej jej odwiedzić.  Aż do naszej ostatniej wizyty w Goudzie. Zobaczyłam sklep na jednej z głównych ulic i stwierdziłam: wchodzę.  Pan Mąż przycupnął sobie w kącie z telefonem i czekał,  aż zrobię obchód. 

Seria lawendowa.

Normal, to duńska sieć handlowa. Pierwszy sklep został otwarty w Silkeborg w kwietniu 2013 roku. Do tego czasu Normal rozrósł się do sieci ponad 1000 sklepów: w Danii, Norwegii, Szwecji, Holandii, Francji, Finlandii, Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, Irlandii, Austrii i Słowacji.  Asortyment obejmuje produkty do pielęgnacji skóry,  włosów,  zębów,  kosmetyki do makijażu,  środki czystości popularnych marek a także trochę produktów spożywczych. 

Maseczki.

Towar jest w stałych, niskich cenach i nie ma żadnych ofert specjalnych ani rabatów.  Sklep posiada stały asortyment, ale też nowe produkty, które są uzupełniane i dodawane co tydzień.  Plusem są niewątpliwie niższe ceny, marki, których nie znajdzie się w innej drogerii a także testery np balsamów do ciała,  więc można zapoznać się z zapachem przed kupnem. Kolorówka też jest dobrze zaopatrzona i okupowana najczęściej przez Turczynki 🙂

Jestem pozytywnie zaskoczona asortymentem sklepu. Warto tam zajrzeć,  bo i panowie znajdą coś dla siebie. Polecam.

Moje zakupy.

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- MAJ

Ten comiesięczny wpis powstał niestety z małym poślizgiem.  A ja jestem zaskoczona, jak szybko zbliżamy się do lata. Dopiero co była wiosna i moje urodziny,  a tu już Holendrzy okupują plażę i pływają łódkami. 

Z racji tego, że już czerwiec, to i kupa roboty w robocie. Sezon się zaczął i pracujemy czasem i w soboty. Co nie bardzo mi się podoba, bo jestem już po prostu trochę zmęczona.  A tu trzeba gdzieś czasem pojechać,  ogarnąć chatę i ogródek.  A właśnie- ogródek.  Czat GPT zrobił z naszego zajebistego kawałka zieleni dżunglę.  Bo tak chciałam i nawet mi się podoba 🙂

Działam też z moim ogródkiem warzywnym. Chociaż to za dużo powiedziane. W związku z tym (i kilkoma innymi powodami), przełożyliśmy nasz urlop w Polsce na wrzesień.  W tej chwili nawet nie będzie miał mi kto warzyw podlewać a nie chcę,  żeby to, co wyrośnie,  poszło na zmarnowanie. Żółta fasolka ładnie mi już wschodzi.

W pracy, jak już wspomniałam,  zapierdziel i psująca się maszyna od podnoszenia przeklętych przeze mnie plastikowych skrzynek. Czasami jest taki rozpiździel,  że nie wiadomo w co ręce włożyć.  I tak nadal najgorsze są piątki.  Nigdy nie wiem, kiedy wyjdę z pracy. Wysłałam też moje CV i list motywacyjny do zakładu pogrzebowego w moim mieście,  bo akurat szukają pracownika. Narazie 0 odzewu, ale nie tracę nadziei i będę próbować dalej.

Jaco walczy z maszyną.

Odkładamy też pomidory dla Turków. To jest tzw druga klasa: trochę miękkie,  z dziurkami,  lekko pęknięte.  Problem w tym, że zanim oni przyjadą po odbiór,  to niektóre warzywa są już zgnite, pudełka miękkie i wszystko się wali i ląduje na podłodze.  I potem trzeba tę zgniliznę sprzątać.  Zawsze jest coś do roboty na magazynie.

Ostatnio dostałyśmy za skrzynki tureckie ciastka. Podczas przerwy zobaczyłam na naszym stole talerzyk z jakimiś słodyczami. A że nie wiedziałyśmy co to, dla kogo i od kogo, to koleżanka odniosła na główny bufet. Szef powiedział,  że to dla nas od Turka. Obawiałam się baklawy,  bo nie lubię,  ale było zaskoczenie, bo te ciastka nie były inne, nie takie słodkie i bardzo dobre.

Pogoda w maju zaskakiwała.  W sumie, w Holandii zawsze zaskakuje, bo nigdy nie wiadomo, co będzie się działo na niebie w ciągu dnia. Ale tym razem były burze, gorące dni, ciepłe wieczory a potem nagle chłodno i wietrznie z ulewami.  Tylko gradu brakowało.  I by było po moich roślinach. 

W miejscowości niedaleko nas odbywał się wypasiony kermis. Mimo, że było gorąco,  pojechaliśmy.  Umówiliśmy się na miejscu z jedną parą i koleżanką z pracy, która miała przyjechać z jakimiś innymi dziewczynami. Na miejscu byliśmy pierwsi. Ta para jeszcze pojechała do marketu budowlanego i gdy wreszcie dotarli na miejsce, to my już byliśmy wyhuśtani,  wytrzęsieni i chcieliśmy do domu. A ta koleżanka dojechała w momencie, gdy my odjeżdżaliśmy.  Z ludźmi się tak umawiać…

Zanim pojechaliśmy do domu, weszliśmy pod namiot, gdzie był bar i scena. Trzeba było napić się czegoś zimnego, bo skwar był niemiłosierny. Pod namiotem występ mieli śpiewający seniorzy z orkiestrą.  Pierwszy raz oglądałam tutaj taki występ.  Ciekawe to było, śpiewali donośnie, a starsza widownia dobrze się bawiła przy piwku.

Po powrocie Pan Mąż wpadł na pomysł zrobienia małego grilla. Bez innego towarzystwa. Sami. W sumie miałam ochotę na kiełbasę z musztardą.  Na kermisie można było kupić np frytki, ale kolejki były długie.  Czekanie w nich wydało nam się bez sensu, bo szybciej dojechalibyśmy do domu. A byliśmy głodni już bardzo. Padło więc na grilla. Wpadł do nas z wizytą kot sąsiadki i nie pogardził kawałkiem polskiej kaszanki.

Nadszedł ten czas, kiedy w Holandii słońce wcześnie wstaje i późno zachodzi. Nawet nie czuć,  że jest 21:30, bo tak jasno. Nie narzekam, nie marudzę,  przyzwyczaiłam się.  Zasłony w sypialni pomagają.  Plus taki, że pranie szybko schnie i można bez zamarzania spać przy otwartym oknie.

Papugi często w weekendy teraz przesiadują na dworze i robię im kąpiel spryskiwaczem do kwiatków.  Lubią to. Lubią też ćwierkać do przelatujacych ptaków.  Wiem, że by też chciały z nimi polatać po przestworzach,  ale by do mnie już nie wróciły.  Pokazałyby mi środkowy palec i fruuuu… Nawet by nie przeżyły na wolności. 

Mam w kajecie zapisane pomysły na kolejne wpisy a zdjęcia się piętrzą w telefonie. Znowu muszę się zebrać,  mimo częstego braku czasu i pisać tutaj regularnie, bo materiał się produkuje i czeka.

Kacza mama z młodymi.

Do następnego 🙂

HOLENDERSKIE OPOWIEŚCI- „DOMKOWE” AKCJE

Postanowiłam dzielić się tutaj historiami, które się naprawdę wydarzyły.  Będzie trochę o ludziach, których znam, o różnych miejscach i sytuacjach z nimi związanymi,  ciekawych, śmiesznych i porąbanych akcjach, które np widziałam. 

Mam już w zanadrzu kilka historii, w tym takich, na które natknęłam się przypadkiem. Więc stwierdziłam, że warto będzie się tutaj tym podzielić.  Taką sobie serię wymyśliłam.  Na początek napiszę o czymś,  co wydarzyło się całkiem niedawno. Już nie raz pisałam na blogu o tym, co ludzie mieszkający na firmowych lokacjach, potrafią odwalać.  Mieszkam i pracuję tutaj już kupę lat i widziałam/ słyszałam nie jedno. Żałuję,  że na bieżąco nie pisałam o tym. Ale teraz zacznę i na pewno będzie ciekawie. 

AI przerobiło ludzi i kantynę w duchy na cmentarzu 🙂

Czas zatem na dwie historyjki z moimi współpracownikami w roli głównej.  Imiona na wszelki wypadek zmienię.  Aha, i piszę o tym, bo warto wiedzieć,  jak się niektorzy zachowują za granicą. Koleżanka Julia (którą w sumie lubię) mieszka z pewną parą: Kamilem i Sonią. Są oni razem już z 10 lat. Młodzi ludzie. Julia ma ponad 40 lat. Razem z nimi mieszkają dwie lesbijki,  które pracują w innej szklarni. To para: Natalia i Patrycja. Oni wszyscy tam lubią popić i potem się to często kończy awanturami.  I tak było i tym razem. Po weekendzie okazało się,  że Kamila w pracy nie będzie,  bo ma limo podbite. Dlaczego? A dlatego, że zarywał do jednej z lesbijek- Natalii. Wręcz ją obmacywał przy swojej Sonii.  Ona to zobaczyła i mu walnęła.  Pijana Julia (najstarsza) próbowała ich uspokoić.  Natalia wzięła rower i gdzieś pojechała.  Julia do niej pisała, żeby wracała.  Gdy się pojawiła z powrotem, jej dziewczyna Patrycja sprzedała jej kopa w głowę.  Tamta leżała,  a Patrycja wykorzystała okazję,  żeby jej walnąć.  Tak się bawią w weekendy 🙂

Teraz będzie ciekawiej. Pracujemy z parą Łotyszy.  Ogólnie sympatyczna para.  Poznali się w Holandii na portalu randkowym, są ze sobą chyba ponad 5 lat i u nas też już długo pracują.  Starsi ode mnie, coś koło 50tki. Bardzo dużo piją.  W zasadzie chlają dzień w dzień.  On czasem odpieprza po pijaku numery. Dwa lata temu nawalony jak stodoła, odwalał masturbację na golasa na podwórku w biały dzień.  Ludzie to widzieli i donieśli do biura pracy. Miał rozmowę.  Dwa tygodnie temu znowu coś odpierniczył.  Podobno źle odezwał się do swojej drugiej połówki, która też była narąbana,  jak szpadel. Więc się porządnie wkurzyła,  wzięła do ręki nóż i wbiła mu w nogę.  Ostrze podobno przeszło na wylot. Gościu nie przyszedł do pracy i też nie przyznał się, co się stało i kto mu to zrobił. Nawet nie pojechał do szpitala na szycie. I tak sobie siedział w domu z prowizorycznym opatrunkiem, pił dalej, aż nagle wdało mu się zakażenie. Jakoś mnie to nie dziwi. Już nie miał wyjścia.  Zadzwonił do biura i powiedział co się stało.  Zabrali go do szpitala i miesiąc zwolnienia ma, bo ledwo chodzi. Koordynatorka powiedziała,  że nie obchodzi jej, co potem zrobi. Może swoją kobietę do sądu podać. 

Sortownia z pomidorami.

Tak więc jest wesoło.  Ludzie mieszkają z innymi ludźmi i ci drudzy często dużo opowiadają,  co się dzieje. Raczej nie ma tajemnic. Wielu z nich źle kończy.  I niemal zawsze trafia się na osoby, z którymi nie można się dogadać.  Kłótnie, wyzwiska, bójki są na porządku dziennym.  A i morderstwa się zdarzają.

Do następnego 🙂

KILKA KADRÓW Z GOUDY I BELVEDERE

Nasza trzecia wizyta w Goudzie. Lubię to miasto. Całkiem przyjemne i ładne.  Tak jak Delft. Uliczkami Goudy można długo spacerować i zawsze odkryje się coś nowego.

Ma to zresztą swoją nazwę: FLANERYZM.  Jest to sztuka niespiesznego, kontemplacyjnego spacerowania po mieście,  połączona z uważną obserwacją otoczenia, ludzi i architektury. Sposób bycia polegający na swobodnym,  bezcelowym przemierzaniu przestrzeni miejskiej i refleksyjnym doświadczeniu codzienności,  wywodzący się z XIX wiecznej Francji. Dziś postrzegany jako przeciwwaga dla pośpiechu i nadmiaru bodźców.  Taka ciekawostka.

My tym razem nie spacerowaliśmy.  Byliśmy oglądać dinozaury, o czym już wcześniej pisałam.  Po dinozaurach wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do centrum. Znalazłam w Google fajną restaurację,  bo byliśmy już głodni po bieganiu po parku jurajskim.  Nazywa się ona Belvedere.

Jest to jedna z najstarszych restauracji w Goudzie. Działa od 1863roku, czyli od ponad 150 lat. Znajduje się na Starym Rynku w samym centrum miasta. Współpracuje z lokalnymi przedsiębiorcami i dostawcami. Wykorzystuje lokalne produkty, które są zawsze świeże.  I tak np sery dostarcza im sklep Kaashuis,  czyli sklep serowy, którego właścicielami są Maurice i Sandra. Jest on również atrakcją turystyczną.  Turyści nie tylko kupują i próbują tu sery, ale robią też zdjęcia. 

Ser zresztą zawdzięcza swoją nazwę miastu.  W 1395 roku Gouda uzyskała wyłączny monopol na sprzedaż sera w regionie. Rolnicy z całych Niderlandów musieli zwozić swoje wyroby na tamtejszy rynek, gdzie urzędnicy surowo kontrolowali ich jakość.  Gouda wytwarzana jest z mleka krowiego.

Z Belvedere współpracuje także cukiernia z sąsiedniego Reeuwijk, którą prowadzą Femke i Sander.  Przekształcili swoje hobby w zawód i robią torty na różne okazje. Od kilku lat tworzą dla restauracji szarlotkę Green Heart.  Belvedere polecana jest też w przewodnikach,  np Goudse Gidsen Gilde.

Na zewnątrz pod parasolami siedziało już mnóstwo ludzi. Było bardzo ciepło,  wręcz parno. Usiedliśmy w środku przy oknie, aby przyglądać się ulicy. Przewijało się bardzo dużo ludzi, bo obok trwał akurat targ, gdzie sprzedawano np sery, czy ubrania. Mąż zamówił sznycla z frytkami. Fryty były grube i pyszne. Oczywiście z majonezem. Próbowałam.  Ja, gdy tylko zobaczyłam w menu zupę serową,  wiedziałam,  że muszę ją zjeść.  Była z grzankami czosnkowymi i bardzo smaczna.

Idąc do auta, robiłam jak zawsze zdjęcia,  bo jak pisałam wyżej,  zawsze coś ciekawego w oko wpadnie. Będąc w Holandii, Gouda jest według mnie w pierwszej piątce miast do odwiedzenia.

Sklep z pamiątkami  🙂

Do nastepnego 🙂

MOJE ODKRYCIA I POLECAJKI NA WIOSNĘ

Nazbierało mi się trochę różnych rzeczy, które mnie zainteresowały, które polubiłam i które mogę tutaj Wam polecić.  A że wiosna już w pełni,  więc te rzeczy sprawdzą się o tej porze roku.

Zacznę od dwóch filmów.  Pierwszy włączyłam z ciekawości a drugi już od dawna chciałam obejrzeć i przypadkiem natknęłam się na niego na platformie z filmami. Obydwa filmy powstały na podstawie książek. 

„The Invisible Man”- „Niewidzialny człowiek”

Jest to amerykańsko- australijski thriller  z 2020r. W roli głównej Elisabeth Moss („Opowieść Podręcznej”). Film powstał na podstawie powieści Herberta George’a Wellsa pod tym samym tytułem.   Cecilia Kass jest uwikłana w toksyczną relację.  Kobieta jest terroryzowana przez męża, bogatego i genialnego naukowca a zarazem socjopatę.  Pewnej nocy postanawia od niego uciec i udać się do domu przyjaciela- policjanta. Po kilku tygodniach dowiaduje się o samobójstwie męża,  który w spadku zostawił jej ogromną fortunę.  Cecilia obawia się jednak, że śmierć małżonka może być upozorowana.  Wkrótce w otoczeniu kobiety zaczynają się dziać dziwne i niebezpieczne rzeczy. Główna bohaterka nabiera przekonania, że śledzi ją niewidzialny człowiek.  Rozpoczyna się walka o prawdę i życie.  Film trzyma w napięciu i ma świetne zakończenie. 

„The Help „- „Służące”

Amerykańsko-indyjsko-arabski komediodramat z 2011r inspirowany powieścią o tym samym tytule z 2009r autorstwa Kathryn Stockett.  Lata 60 XX wieku, południe Stanów Zjednoczonych.  Uprzywilejowani Amerykanie posiadają czarnoskórą służbę. Kobiety pracujące w ich domach, sprzątają,  gotują a nawet zajmują się dziećmi, dla których nianie są często najbliższymi osobami. Służba wykonuje ciężką pracę za marne wynagrodzenie i liczne zakazy i nakazy. Początkująca dziennikarka Skeeter (rewelacyjna Emma Stone) spisuje historie czarnoskórych służących, wywołując skandal wśród wyższych sfer.  Szykanowane i poniżane kobiety, dzięki postawie i namowom młodej dziennikarki, postanawiają walczyć o swoją godność.  Jest to film o segregacji rasowej, o ludziach traktowanych jako gorszy sort. I mimo trudnej tematyki, ogląda się go przyjemnie. Historia porywa i zaskakuje humorem. Rewelacyjny.

Teraz coś na ząb. Jakiś czas temu na TikToku popularne były desery z kremem i ciastkami Lotus.  Nie robiłam i nie jadłam. Często za to zaglądam w Lidlu na dział pieczywa, bo lubię tamtejsze słodkie wypieki. Cały czas mam w planach zrobić wpis o tym. Natknęłam się na donuty o smaku lotusa. Kupiłam tylko 2 na spróbowanie i żałuję.  Żałuję,  że tylko 2. Bo to było pyszne i szkoda, że pojawiło się chwilowo. Mam nadzieję,  że jeszcze te donuty zjem 🙂

Czas na zupy. Oczywiście,  nie ukrywając- pomysł z TikToka.  Pierwsza, to pieczarkowa, ale w nieco innym wydaniu. Zazwyczaj robiłam ją z tymi jasnymi grzybami i makaronem np rurki. Tym razem skroiłam te o ciemnych łebkach a zamiast tradycyjnego makaronu, zrobiłam lane kluski, które lubimy jeść. Druga zupa jest…cytrynowa.  Na litr bulionu powinien przepadać sok z jednej cytryny z jednym jajkiem. Mnie wyszło więcej wywaru. Rozbełtałam 3 jajka z sokiem z 3 cytryn i wlałam do gotującej się bulionu. Należy cały czas mieszać,  żeby białko się nie zważyło.  Podaje się z ryżem i natką pietruszki. Zupa pochodzi z Grecji. Jest lekka i idealna na ciepłe dni.

Miejsce w ogródku na zioła.  Od teraz, co roku będę sadziła w skrzynkach zioła.  Mam już rozmaryn, miętę,  szczypiorek, który przetrwał zimę i się pięknie rozrósł,  tymianek a dodatkowo wschodzi już pietruszka. Koperek niestety chyba nie da rady się wybić,  ale będę jeszcze próbować,  bo go uwielbiam.

To w lewym dolnym rogu- mój nędzny koperek.

Dwie rzeczy z Lidla. Mam w planach trochę odświeżyć salon. Na jednej ze ścian,  wisiał wypalony w drewnie statek.  Morska tematyka dominuje w sypialni, więc go tam przeniosłam. W salonie chcę jak najwięcej zieleni. Dlatego zawisła na jego miejscu monstera i prezentuje się dużo lepiej. Potem przyjdzie czas na kolejne liściaste grafiki. 

Buty. A dokładniej klapki na letnie dni, które są już coraz bliżej.  Ten model jest już od dłuższego czasu popularny. Lidl ma dobrej jakości tekstylia. Były to ostatnie sztuki, do tego przecenione. Do wyboru dwa kolory: złoty i brąz.  Szukałam brązu i numeru 39. Był! Klapki bardzo wygodne.

Będąc na polach tulipanów,  nie mogło zabraknąć kupienia czegoś na pamiątkę.  Oprócz magnesów, kupiłam świecę o wiosennym zapachu. Ten aromat jest piękny.  Lekko słodki,  ale nie mdły.  Z drugiej strony ożeźwiający.  Mogłabym mieć takie perfumy albo patyczki zapachowe. Ta świeca daje zapachem nawet, gdy nie jest odpalona. Nie pozostaje mi nic innego, jak znaleźć producenta w internecie 🙂

Moją ulubioną marką żeli pod prysznic i dezodorantów, już od bardzo dawna jest Sanex. Żel mi się skończył i coś musiałam kupić a nie gustuję już w tych różnych zapachowych kosmetykach. Wolę te neutralne,  niemal bezzapachowe. Będąc w markecie Jumbo, zauważyłam markę Sanicur.  Nigdy wcześniej jej nie znałam,  nigdzie nie widziałam.  Kupiłam ten żel i jest rewelacyjny. Prawie bez zapachu, a z właściwościami niemal jak Sanex. Uniwersalny do każdego typu skóry i płci a także dzieci. Na pewno do niego wrócę. 

I na koniec kilka słów o tureckim szamponie. Bo oprócz popularnych ostatnio arabskich perfum, warto spojrzeć na produkty do włosów.  W tureckim sklepie przyjrzałam się szamponom.  Mam dość tych wszystkich lorealów i innych garnierów,  które tylko spłukują brud z łba.  A skóra głowy nadal pozostawia wiele do życzenia,  czyli bez rewelacji. A Turczynki mają włosy piękne.  Wiadomo- geny, ale ich kosmetyki do włosów też pomagają.  Tak więc kupiłam butlę szamponu z ekstraktem z czarnego czosnku. Co ta roślina daje? Przede wszystkim wstrzymuje wypadanie i stymuluje porost nowych włosów oraz wzmacnia cebulki. A to dzięki siarce,  witaminom i antyoksydantom. Regeneruje zniszczone pasma, odżywia skórę głowy i dodaje włosom objętości.  Działa przeciwzapalnie i pomaga w walce z łupieżem.  Zaczęłam używać tego szamponu i muszę przyznać,  że faktycznie mniej włosów wypada. Nie miałam z tym akurat nigdy problemów,  ale ich ilość w wannie po umyciu i tak się zmniejszyła.  Włosy są mocniejsze i szybciej rosną.  Widzę po odrostach. Skóra głowy mniej swędzi. Jednak coś w tym jest. Poza tym, 1000 ml za około 7€, to dobry deal 🙂

Do następnego 🙂

DINOZAURY

Dino Experience Park w Goudzie, nie był w ogóle w planach. Wcześniej nawet nie wiedziałam,  że istnieje takie miejsce i to całkiem niedaleko Hellevoetsluis.  Skąd się o nim dowiedziałam? TikTok 🙂

Na TikToku obserwuję wiele kont dotyczących Holandii. Jedno z nich jest całkiem praktyczne, bo znaleźć na nim można różne polecane i ciekawe miejsca. I tak natknęłam się na listę parków z dinozaurami. W sumie jest ich podobno 6. Chciałabym odwiedzić je wszystkie. Zdziwiłam się,  że w Goudzie też jest taki park. Od tego miasta dzieli nas niecałe 50 km. Weszłam na stronę Dino Experience Park i sprawdziłam „co tam dają „. Musiałam się przekonać,  czy warto tam pojechać i czy starzy ludzie są mile widziani. Nie będziemy przecież robić z siebie debili i jechać tam, gdzie wszystko jest zarezerwowane raczej dla tych młodych i małych. 

Tyranozaurus Rex się ruszał i darł ryja.

Okazało się,  że park jest nie tylko atrakcją dla dzieci. Kupiłam więc bilety i powiedziałam Panu Mężowi,  żeby nic na sobotę nie planował,  bo jedziemy gdzieś… Nie zdradziłam gdzie. Gdy podjechaliśmy pod bramkę parkingową i zobaczył co to, to się ucieszył,  bo też lubi prehistoryczne gady. Jeden z nich był od razu widoczny, bo stał na budynku knajpki, był ruchomy i wydawał dźwięki.  Widać też było wodospad.  Znajdowało się tam pole golfowe, za które trzeba było dodatkowo płacić.  My z niego nie korzystaliśmy.  Skanowanie biletów odbyło się w sklepiku z pamiątkami.  Potem już znaleźliśmy się w parku. Na początek wita Tyranozaurus Rex.

Figury gadów otoczone były sznurkami, których przekraczać nie wolno i o dziwo wszyscy to rozumieli. Przy każdym modelu widniała tablica informacyjna po  holendersku i angielsku, informujący co to za dinozaury, kiedy żył,  itp. Przy wejściu, w plastikowych skrzynkach znajdowały się mapki z parkiem i dodatkowo dla dzieci karta, na której zapisywało się nazwy gadów z jajkami. Trzeba było po prostu szukać dinozaurów,  które posiadały jaja.

Oprócz tego, była tam ścieżka edukacyjna, gdzie można z tablic odczytać np wzrost dinozaurów,  prędkość z jaką się poruszały a także brać udział w wykopaliskach, czy poszukiwać złota w wodzie.

Inną atrakcją dla najmłodszych były dmuchańce a obok, na tarasie pod parasolami, dorośli odpoczywali i jedli np frytki. Ogólnie w całym parku są rozstawione drewniane stoły z ławkami i można sobie siedzieć pośród dinusiów.

Obeszliśmy ten park w godzinę.  Według mnie, jest tam trochę chaotycznie i trzeba pilnować ścieżek i eksponatów,  żeby żadnego nie pominąć. Mam nadzieję,  że uda nam się odwiedzić wszystkie parki i zrobię z nich ranking tutaj na blogu.

Do następnego 🙂